Piszemy jak jest

Rocznica traktatów rzymskich

Rzym, Muzeum Kapitolińskie gdzie podpisano w 1957 r. Traktaty rzymskie/Wikimedia Commons

25 marca upływa 60 lat od podpisania traktatów rzymskich, uznawanych za jeden z najważniejszych fundamentów zjednoczenia Europy. Unia przeżywa kryzys, Brexit staje się faktem, w stolicy Włoch świętują rocznicę, a my zastanówmy się nad pięknymi pojęciami, zdewaluowanymi przez niefrasobliwych polityków.

Chcemy czy nie chcemy, niepoprawne dziś politycznie średniowiecze było epoką prawdziwej wspólnoty europejskiej. Prawdziwym łącznikiem było chrześcijaństwo, a cywilizacja na nim zbudowana, korzystała z bogatego dziedzictwa greckiego i rzymskiego. Język łaciński był wspólny dla rządzących, duchowieństwa i uczonych od Portugalii po Polskę i od Irlandii po Konstantynopol. Symbole i archetypy były czytelne na całym tym obszarze. Dekalog wyznaczał w całej Europie podobne ramy etyczne. Klasztory, rozsiane po całej Europie zapewniały komunikację i wymianę wiedzy. Nie tylko panujący, bogacze i rycerstwo, duchowni z masami pielgrzymów, ale również uczeni, a nawet rzemieślnicy czerpali z doświadczeń dalekich ośrodków. Szczególnym dowodem jedności Europy były krucjaty, organizowane sprawniej niż współczesne przedsięwzięcia, ale nade wszystko świadczące o zdolności do wspólnego i skutecznego przeciwstawienia się niebezpieczeństwu z zewnątrz. Nie brakowało i konfliktów pomiędzy Europejczykami, ale te rozwiązywały skuteczniej sobory niż dziś konferencje i organizacje. Papierze i cesarze cieszyli się autorytetem niewyobrażalnym w dzisiejszym świecie. Ta Europa była zdolna zdominować inne kontynenty.

Polska była uczestnikiem tej wspólnoty, a nawet zapisała się w dziejach jako krzewiciel jej idei. Warto, abyśmy mieli w pamięci naszych przodków, studiujących i pozyskujących doświadczenia w podróżach po całej Europie zachodniej. Podróże sytuowanej młodzieży do Włoch lub do Francji i Niderlandów były czymś zwyczajnym w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a ona sama powstała bez przelewu krwi jako wspólny organizm państwowy blisko miliona kilometrów kwadratowych. Polacy, Litwini i Rusini, porozumiewając się swobodnie językami poznawali zachód i cywilizowali wschód. Jeszcze do dziś znaleźć można w zaroślach Ukrainy i Białorusi ruiny budowli i dzieła sztuki najwyższej próby europejskiej, a kiedyś portyki i tympanony może nawet lepiej wyglądały wśród naszej bujnej roślinności niż gdziekolwiek na świecie. Polacy, nawet bez własnego państwa, mieli ważny udział w rozwoju cywilizacji europejskiej. Paradoksalnie, próbę zawłaszczenia określenia „Europejczycy” podjęli we współczesnej Polsce zwłaszcza ci ludzie, którzy trwali najdłużej w moskiewskiej orientacji i najsilniej zwalczali więzi Polski z zachodem.

Może jedną z największych win lewicowych ideologii XX wieku było i jest przekonanie o potrzebie rozpoczynania wszystkiego od nowa. Przejawia się to w braku szacunku do tradycji i zadufaniu w swojej oryginalności. Bulwersującym paradoksem jest przekonanie współczesnych administratorów Unii Europejskiej, że ten przepoczwarzany twór powinien ignorować chrześcijaństwo i odbierać Kościołowi rolę przewodnią. Przez to samo odwracają się nawet od takich polityków, których nazywamy ojcami Unii Europejskiej, bo kładli fundamenty pod zjednoczenie po II wojnie światowej. To Alcide de Gasperi czy Robert Schuman, którzy jako wzór chrześcijan są kandydatami na ołtarze.

Piotr Boroń

Historyk, były przewodniczący Sejmiku Województwa Małopolskiego, Senator RP i członek KRRiT, działacz Prawicy Rzeczypospolitej.

Komentarze - Facebook

Komentarze
To Top