Prawe Opinie

Trump twarzą kontrrewolucji? O ułomności demokracji i nie tylko

Fot. Wikimedia Commons

Chyba pora umierać. W Polsce demokracja już ledwo dycha. Na Węgrzech już nawet jej nagrobek został sprofanowany. W Stanach po zwycięstwie Donalda Trumpa wyrok na nią został już wydany, a wiele wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości śmierć czeka ją także we Francji i Austrii. Jak żyć?

Skoro opadł już bitewny kurz i ucichły – przynajmniej teoretycznie – emocje po wyborczym starciu za oceanem, przyjrzyjmy się ciekawym i groteskowym zjawiskom społeczno-politycznym będącym konsekwencją zmian zachodzących w świecie.

Mówi się, że demonstracja i prawo społeczności do wychodzenia na ulicę, aby zaprotestować czy wyrazić swoje niezadowolenie są najdobitniejszym dowodem na dobrą kondycję demokratycznego państwa prawa. Jak zatem rozumieć coraz to głośniejsze (bo wcale nie tak liczne, jak sugerowałby to przekaz medialny) spędy ludności na ulicach w obronie umiłowanego systemu? Pomijam przy tym mój osobisty stosunek do ustroju demokratycznego, ale nieustannie bawią mnie wypowiedzi obywateli wychodzących na ulicę, aby zaprotestować przeciwko decyzjom osób wybranych przecież w demokratycznym procesie, które to protesty mają rzekomo swoje uzasadnienie właśnie w poszanowaniu zasad wspomnianego już demokratycznego państwa prawa. Bo skoro przez nikogo nie niepokojeni wykrzykują swoje hasła – niestety często niemożebnie idiotyczne, a przy tym obraźliwe – oznacza to, że te właśnie prawa demokracji mają się aż za dobrze.

Oczywiście piszę to w kontekście protestów społeczeństwa po rozstrzygnięciu starcia Clinton – Trump, ale równie dobrze można by wiele podobnych spostrzeżeń dostrzec na polskim gruncie po ubiegłorocznej zmianie sterów władzy. Przypomnę, że jeszcze przed tym, gdy stało się jasne, że to ekscentryczny milioner zostanie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych, wiele postaci życia publicznego za oceanem jak i zwykłych obywateli będących zwolennikami byłej sekretarz stanu (Hillary) podkreślało, że liczą na to, że wyborcy Trumpa będą potrafili uszanować wynik demokratycznych wyborów i pogodzić się z werdyktem społeczeństwa. Tymczasem świat przeżywa silny wstrząs połączony z szokiem, że coraz więcej ludzi odrzuca narzuconą z góry narrację i zaczyna samodzielnie myśleć. Ci spośród protestujących, którzy z racji na swoją silną pozycję materialną uważają się jednocześnie za mających bezwzględną rację, nie dopuszczają nawet takiej opcji, że może ona leżeć w innym miejscu niż w ich kieszeni.

Drogi czytelniku, nie daj się zwieść 🙂 Po pierwsze, demonstracje nie są tak liczne jak przedstawiają to „życzliwe” media, (nie jest wielką sztuką tak operować kamerą, by pokazać świat takim, jaki chcemy by był), po drugie, nie zawsze protest jest inicjatywą oddolną. Drobny niuans – gołym okiem widać, jak w Polsce kwestia Trybunału Konstytucyjnego schodzi na dalszy plan, struktura KOD-u zaczyna się sypać, a ich manifestacje tracą na liczebności, podczas gdy ich intensywność wzrasta w USA. Czyżby środki finansowe i medialne zostały przerzucone na inny odcinek? Ważniejszy? Celowo wpierw opisuję stan faktyczny, zanim postawię hipotezę, żeby nie przypięto mi zrazu łatki zwolennika teorii spiskowych. Osobiście wcale za takową nie uważam teorii o stałym ingerowaniu w procesy polityczne, w co bardziej znaczących regionach czy świecie przez George’a Sorosa et consortes.

Opisany powyżej stan rzeczy pozwala na domniemanie, że punkt ciężkości walk o dusze przesunięty został do Ameryki. Tam teraz rozgrywa się główna bitwa. I owszem – jeżeli Marine Le Pen utrzyma swoją pozycję i zagrozi przejęciem władzy na Polach Elizejskich, awantura wybuchnie właśnie we Francji. I słusznie wskazuje prof. Ryba, mówiąc podczas jednego z wykładów o powiązaniu sfery ekonomiczno-biznesowej z rewolucją kulturowo-seksualną, która swoją genezę miała jeszcze w 1968r. Bo człowiek będący produktem – świadomie odpodmiotawia osobę ludzką – tejże rewolty staje się idealnym konsumentem, a zarazem trybikiem w maszynie korporacji finansowych o istotnej pozycji w świecie. I przesunięcie wajchy właśnie za ocean dobitnie tę tezę potwierdza, bo tam właśnie koncentrują się główne siły finansjery światowej, a zwycięstwo Trumpa – skądinąd także biznesmena – stanowi dla utrwalonego układu zagrożenie. Właśnie dlatego, że uderza w powszechnie obowiązujący trend poprawności politycznej traktującej człowieka jako produkt i element systemu, a odrzucającej wartości płynące chociażby z prawa naturalnego jak godność człowieka i prawo do życia od poczęcia po naturalną śmierć.

Wracając jednak do maniaków demokracji – nie przypominam sobie protestów po zwycięstwach wyborczych w rozmaitych krajach partii czy kandydatów uosabiających lewicowo-liberalne wartości. A przecież właśnie od środowisk krytycznie nastawionych do wciąż jeszcze istniejącego, poprawnie politycznego status quo wymaga się poszanowania dla wyboru demokratycznego ustroju. To tych ludzi należy stale wychowywać, pouczać o tym, co wypada, a co nie. Tymczasem ciężko przejść obojętnie obok tak wyszukanych form protestu jak – przy okazji czarnego protestu w Polsce – profanacji znaków Polski Walczącej czy haseł typu „waginy wyklęte”. W Stanach jest jeszcze lepiej, bo publiczne oddawanie kału w proteście przeciwko wiktorii kandydata republikanów to prawdziwa wisienka na torcie. To po której stronie mamy to jądro mądrości i kindersztuby?

Nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie puścił oczka do celebrytów. W niektórych przypadkach – piszę to całkiem serio – odnoszę każdorazowo wrażenie, że część spośród nich zabiera głos tylko po to, by wpisać w ogólny trend i popaść w ostracyzm zawodowy lub też ze zwykłej niewiedzy, (Maja Bohosiewicz pokazała jednak, że czytanie popłaca i za to chapeau bas!). Znak czasów. Społeczeństwo czeka jaki werdykt w temacie zmian i wyborów politycznych wydadzą z siebie osoby z ekranu czy sceny, które przeważnie (szczególnie na zachodzie) świecą przykładem życia osobistego, a i wiedzą polityczną dorównują niewątpliwie najwybitniejszym umysłom. I oto cała gromada różnej maści gwiazd zapowiada emigrację, a inni ubolewają nad tym, że w fotelu prezydenta zasiadł człowiek nieszanujący kobiet, który łamał będzie prawa mniejszości seksualnych, i – o zgrozo! – zabrać może elementarne prawo kobiet. To do aborcji. Z pewnością Bill Clinton kobiety traktował jak damy i okazywał im najwyższy szacunek, szczególnie własnej żonie i p. Levinsky (sam nie wiem, której większy). Dziwi również fakt, że naród amerykański, co prawda z młodszą historią, ale tak dojrzałą demokracją nie posłuchał głosów z Europy, czy to Krystyny Jandy czy Jolanty Pieńkowskiej, toć przecież na darmo kobity sobie język strzępiły?! Żal mi tylko biednej Madonny. Złożyła przecież istotną obietnicę każdemu, kto zagłosował na Clinton. I co teraz? Spodziewanego sukcesu nie ma, a jednak słowo się rzekło i kobyłka u płota…

A zatem w związku ze zwycięstwem Trumpa (oczywiście nie chwalę faceta na wyrost, poczekajmy na owoce) uspokajam. Porządek publiczny ma się dobrze, a nawet jest przy nadziei. Zaś w związku z rozlicznymi obowiązkami wszelkie planowane koncerty Madonny – mimo iż Hillary przegrała – zostają odwołane.

 

Komentarze - Facebook

Komentarze
To Top