Prawe Opinie

Ranczo – smutny epilog

Fot. Wikimedia Commons

Odetchnęliście Państwo z ulgą? Bo ja owszem. Dawno już nie było tak udanego serialu na antenie Telewizji Polskiej, który następnie został poddany stopniowej destrukcji, a ostatecznie zwieńczony sezonem, przy oglądaniu którego można było odnieść wrażenie, że nie da się już stworzyć niczego bardziej na siłę. Ranczo w reżyserii Wojciecha Adamczyka dokonało żywota.

Nie ma sensu rozwodzić się nad kolejami losów bohaterów serialu, nad pierwszymi odcinkami z genialnym pomysłem, swojskim klimatem miejsca i doskonale skrojonymi charakterami postaci. Jest dla mnie jasne, że wielu – zwłaszcza młodych, zafascynowanych amerykańskim rynkiem serialowym rodem z HBO – czytelników z miejsca machnie ręką na ten felieton. Szkoda, bo ogólnie rzecz biorąc po „Ranczo” warto sięgnąć. Po to chociażby, żeby niejeden raz uśmiechnąć się obserwując może dość naiwną, a jednak swojską rzeczywistość, z wiarygodnymi mimo wszystko kreacjami bohaterów – co przedstawiają nam pierwsze 4 – naprawdę znakomite sezony. Prócz tego nie raz akcja zaskakuje widza sensownymi naukami, które odnajdują swoją rację bytu w naszej codzienności. Potem jednak jest coraz gorzej, a o ile początkowo ciągoty twórców do indoktrynacji w duchu – niestety – liberalno-lewicowym, współcześnie-europejskim (czy jak tam chcemy to określić) są jednak subtelne i nie drażniące, to z każdym kolejnym sezonem stają się nachalne i wręcz wysuwają się na pierwszy plan…

Przeciętny Kowalski oglądając serial nie dostrzeże pomiędzy poszczególnymi gagami i wydarzeniami w serialu podawanej mu dawki ideologii motywowanej fałszywie rozumianą miłością bliźniego i właściwym – w spojrzeniu twórców serialu – interpretowaniem Pana Boga (gdzie oczywiście Kościół jest tym, który jest w ciągłym błędzie). Szkoda, bo wbrew pozorom łatwo dostrzec konstrukcje budowane na prostym antagonizmie: dobra, inteligentna anarchistka vs matołkowaty, tępy skin; zaradne, mądre kobiety vs zapici, leniwi (ew. pierdołowaci) mężczyźni; permanentnie zacofana Polska vs światła, pełna rozsądku Unia Europejska. Piszę o tym, ponieważ odcinek wieńczący 10 (ufam, że naprawdę ostatni, bo tu nie ma już czego ciągnąć) sezon osiągnął w tym wszystkim apogeum. O ile początkowo dyskusja w temacie antykoncepcji i aborcji – jeszcze w pierwszym sezonie – mogła przejść niezauważona (mimo zdań w rodzaju „Kościół troszczy się o życie tylko w łonie matki, a potem nie”), to z każdym kolejnym zapędem scenarzystów robiło się gorąco. W ostatnim odcinku mamy do czynienia z jawną wręcz apoteozą Unii w dyskusji obiadowej miejscowych księży. Ksiądz Maciej – skądinąd bardzo sympatyczny bohater – wykłada fakty o pochodzeniu flagi unijnej oraz procesie beatyfikacyjnym Schumanna. Nie podlegają one naturalnie dyskusji, niemniej nieopatrzone odpowiednim komentarzem o kondycji unii w jej dzisiejszym kształcie legitymują stan faktyczny jako niesprzeczny z filozofią chrześcijańską. We wcześniejszych epizodach (mimo iż, chyba wskutek nieuwagi twórców zdarzało się, że proboszcz miewał w dłoniach Gościa Niedzielnego oraz Niedzielę) słaba kondycja biskupa Kozioła podkreślona zostaje stwierdzeniem, że NAWET Tygodnika Powszechnego nie przejrzał. Niuanse? Być może, ale przemycone w sposób wyjątkowo przebiegły, a z racji, że mamy do czynienia z serialem obyczajowo-komediowym łatwo trafiające do podświadomości widza. Podobna sytuacja miała miejsce w krytyce przeintelektualizowanego podejścia ks. Macieja do wiary. Najbardziej rzuca się w oczy nieudolność proboszcza (potem biskupa) Kozioła w wytłumaczeniu nauki Kościoła wypływającej przecież bezpośrednio z Ewangelii oraz głębokiej tradycji. Ma to miejsce przy trudnych problemach dotykających parafian, jak np. kwestia pożycia pozamałżeńskiego, gimnastyki Tai Chi lub też zwykłej relacji księdza do drugiego człowieka. Przeważnie sprowadza się to do stwierdzenia: „Mi religia nakazuje/zabrania…”. To tutaj brak żywej wiary, a nie w wywodach ks. Macieja. Szkoda, że wzorem autorów serialu „Ojciec Mateusz” (gdzie konsultantem został ks. Skoczylas) nie zaangażowano nikogo do pomocy od strony teologicznej. Było tu piękne poletko do jeśli nie ewangelizacji to do poszerzenia wiedzy na temat wiary i Kościoła, a jedyny efekt jaki przyniósł serial w tym zakresie to pogłębienie ignorancji i własnej interpretacji nauczania Chrystusa. Niestety moralizatorstwo w serialu narastało z każdym sezonem. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że podstawowym celem serialu było bawić i zapewnić chwilową odskocznię od codzienności. Normalka. Ale zanadto uwidaczniał się w tym światopogląd autorów, któremu zabrakło obiektywizmu i pozostawienia przeciętnemu widzowi pola do samodzielnego wyrabiania opinii.

Patrząc natomiast od strony czysto artystycznej to niewątpliwie kilka kreacji to prawdziwy majstersztyk aktorski. Szczególnie Cezary Żak i Artur Barciś. I jak twierdzi sam odtwórca roli braci bliźniaków trudniej było wcielać się w rolę kapłana to jednak show kradł postacią wójta/senatora. Reszta obsady również nie odstawała (poza małymi wyjątkami) od głównych bohaterów. Mimo to, podtrzymuję tezę, że serial powinien mieć swoje zwieńczenie po 4 sezonie, kiedy to wójtem zostaje Lucy Wilska, wokół której de facto zawiązana została główna nić spektaklu. Oś sporu wójt-pleban (o czym śpiewa przecież Anna Jurksztowicz w końcowej piosence) niknie w ostatnim epizodzie 4 serii. Kultowa ławeczka przestaje być już tak swojska i jednak nie rodzi się na niej tyle filozoficznych myśli (osoba Jana Japycza kreowana przez śp. Leona Niemczyka stanowiła spiritus movens tego wątku), a jej bywalcy cywilizują się aż nadto. Główna bohaterka z sezonu na sezon staje się coraz bardziej marudna i nieznośna w odbiorze, a wraz za nią Kusy. Wszystkie te wady znakomitego co by jednak nie powiedzieć obrazu duetu Adamczyk/Brutter kumulują się niestety w ostatniej, zakończonej właśnie serii. Jedynym – oderwanym mocno od pierwotnej rzeczywistości – wątkiem bawiącym i wciąż powodującym chęć powrotu do fragmentów serialu jest kariera polityczna Pawła Kozioła. Choć trudno powiedzieć czy to efekt przebłysku geniuszu scenarzystów czy bardziej siły duetu aktorskiego Żak-Barciś. A i Kozioł, to już nie ten sam człowiek co z początku Rancza. Rancza swojskiego, mocno osadzonego w podlaskiej scenerii, pełnego komizmu, mimo wszystko pewnego realizmu, co stawia niejako mur pomiędzy tym co było, a rzeczywistością absurdalną i przekombinowaną, co gorsza swoją absurdalnością rzadko już zabawną…

Żal. Ale z nie raz z sentymentem wrócimy do starych, prawdziwych Wilkowyj.

Komentarze - Facebook

Komentarze
To Top